piątek, 10 kwietnia 2009

Z resztą miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż, sie nie przyzwyczajać.

Tak właśnie. Jak słyszę o cudownych związkach przeżywanych przez ludzi mi znanych, myślę sobie, że chyba naczytałam się za dużo książek, i że coś ze mną nie tak. A to dlatego, że moje wyobrażenie tzw. 'związku' wygląda zupełnie inaczej, ma inny kształt, kolor i smak. Opiera się na czymś niematerialnym, ponadczasowym, mistycznym, wyczuwalnym tylko pomiędzy dwojgiem ludzi zaangażowanych. Na oddechu, spojrzeniu i dotyku. Na czymś, co, gdy o tym myślę, gdy sobie to wizualizuję, doprowadza mnie do obłędu, powoduje gorący dreszcz emocji przeszywający na wskroś.
Obserwując życie z perspektywy kobiety uczuciowej acz pozostającej w błędnym kole swej emocjonalnej samotności, utwierdzam się w przekonaniu, że coś co dla mnie nazywa się 'Miłością', możliwe jest do przeżycia tylko w ramach lektury książki lub przywoływania marzeń sennych.
Od pewnego czasu zastanawiam się, czy warto porzucić te wszystkie moje 'ideały'. Idealistyczne teorie, które wyznając, czuję, że nie zatracam siebie.
Poglądy, według których żyjąc, jestem tym, kim być chcę. Wartości, z których przyjmowania jestem dumna. Styl życia, który daje mi poczucie spełnienia i napawa mnie radością.
Czy warto porzucić to wszytko, po to tylko, by sprostać społecznym
wymaganiom i doznać kilku chwil szczęścia, okupionego z resztą latami psychicznej i emocjonalnej męczarni?
"Świadomie wybrałem swoją samotność" - przez około 2 tygodnie usilnie próbowałam utożsamić się z autorem tych słów i przyjąć jego sposób na życie. Próby zakończone fiaskiem.
To znaczy, że żyć tak nie potrafię. Nie potrafię odnaleźć się w samotności dnia codziennego, cierpiąc w ten sposób niemiłosiernie.
Nie potrafię też pójść na kompromis ze sobą i przypłacić niesamotność poświęceniem całego swojego Ja.
Cóż więc mi pozostaje? Czy jest jakieś trzecie wyjście?
Jestem kobietą lubiącą skrajności, ale też gotową na poszukiwanie złotego środka, gdy tylko to konieczne. W tej jednak kwestii, jako jedynej chyba, nie potrafię ani zaakceptować żadnego z ekstremów, ani wypracować kompromisu.
Kompromisy z życiem? Nie.
Zapomnienie? można, ale mówią, że ucieczka od problemu nie jest rozwiązaniem.
Zmiana poglądu na życie? Nie. Dlaczego? Bo dobrze się czuję z tym swoim.
Nie, wcale nie jestem malkontentką.
Kiedyś, zaczytując się namiętnie Szekspirem, wpadłam na jedno z jego błyskotliwych, wiecznie żywych stwierdzeń: "Illusion is the first of all pleasures".
Dziś w tej myśli jednoczę się z autorem całą sobą.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz